sobota, 20 listopada 2010

Tegoroczny Unsound po raz pierwszy zaprojektowany został wokół jednego, konkretnego tematu. Festiwalowi przyświecało hasło Horror: The Pleasure of Fear and Unease, i rzeczywiście, organizatorzy starali się jak najlepiej odwzorować stany emocjonalne wymienione na materiałach promocyjnych. Ze szczególnym naciskiem na Pleasure.




Początkowo sceptycznie podchodziłem do zmiany niedookreślonej futurystycznej formuły na markę Unsound z poprzednich lat. Horror stoi w mainstreamie od kiedy pamiętam, kalendarzowa bliskość festiwalu z Halloween wygląda przez to na podyktowaną ekonomicznie. Przekonałem się do tego wyboru już w trakcie imprezy, występy większości artystów zostały faktycznie dobrane przez pryzmat tematu głównego, nadały kolejnym koncertom spójności. Jak zauważył Kiran Sande z FACT Magazine, Unsound ma jedną ważną cechę wyróżniającą go spośród dziesiątków festiwali muzycznych w Europie - poszczególne eventy nie nachodzą na siebie, są rozłożone horyzontalnie na osi czasu. Dzięki temu widzowie nie są zmuszeni biegać między scenami i stresować się wyborami między kilkoma występami jednocześnie, zachowana zostaje jedność narracji. W praktyce tydzień festiwalu jest zbyt przeciążony dodatkowymi spotkaniami i warsztatami, by można uczestniczyć we wszystkich atrakcjach.




Otwarcie festiwalu w Kinie Kijów Centrum to standardy horrorowe grane przez Sinfoniettę Cracovię, nie obyło się bez tematów z Psychozy czy Lśnienia. Daníel Bjarnason i Elegi zaprezentowali własne kompozycje najeżone niepokojącymi dźwiękami. Po mało odkrywczej części wieczoru przenieśliśmy się do Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Umorusani robotnicy dźwięku z Roll the Dice zaskoczyli energetycznym, syntetycznym brzmieniem sekwencerów z niemieckiej szkoły. Mieliśmy usłyszeć coś między Basic Channel a Carpenterem, był raczej Klaus Schulze ze współcześnie pogłębionym basem. Po krótkiej przerwie na scenę wyszedł kolektyw Baaba z gościnnym udziałem Natalii Przybysz, przebrani odpowiednio do grania muzyki Komedy z Nieustraszonych pogromców wampirów. Przyzwoicie, jednak w tym wszystkim zabrakło odrobiny Polańskiego.




W poniedziałek Manggha stała się muzeum (post) rocka. Silje Nes to apatyczna dziewczyna z gitarą, grająca spokojne piosenki z paroma chłopcami. Urocza liderka wyglądała jakby ze zmęczenia miała upuścić gitarę, a gdy przemawiała do mikrofonu "Next song is called... Crystals", uznałem to za doskonałą wizytówkę całej wytwórni Fat Cat. Laetitia Sadier ze Stereolab solo i akustycznie nie ma takiej siły jak w macierzystym zespole, mimo charyzmy i umiejętności wokalnych nie zachwyciła. Natomiast Mice Parade na żywo to mistrzostwo, galopująca perkusja, zmiany tempa i silne brzmienie świadczą o tym że post-rock jednak jeszcze całkiem nie umarł.




Wtorek w Mandze zaczął Elegi grający pod fragment duńskiego filmu niemego Häxan. Czarownice na ekranie spiskowały z diabłem, a przyjemnie dronujący dark ambient świetnie pasował do obrazów. Szkoda że film pokazano w fatalnej kopii cyfrowej, na tak dużym ekranie rozdzielczość była niewystarczająca. Sza/Za czyli Szamburski i Zakrocki jako kolejni grali muzykę Komedy, tym razem do szkolnych etiud Polańskiego. Czysta zabawa, muzycy zaskoczyli humorem i odświeżyli dobrze znane filmy krótkometrażowe własnymi pomysłami.




Pod dumnym hasłem Apocalypse Now, kolejnego dnia usłyszeliśmy bardziej ekstremalne gatunki muzyki. Manggha wypełniona była ubranymi na czarno mężczyznami o długich włosach, a już przy wejściu witał nas hałas Jazkamer. Poziom noisu adekwatny do założenia stoperów na uszy. Free-improwizowana muzyka duetu została zastąpiona bardziej rytmicznym brzmieniem doom. Monno grało krótko, lecz z energią, dostojne metalowe walce wzbogacone zostały o brzmienie saksofonu z ciekawym efektem - trochę jakby dusze grzeszników wrzeszczały cierpiąc w piekle. Shining cieszący się sławą koncertowych niszczycieli nie zawiodło, to ostra jak kant noża chirurgicznego, precyzyjna i szybka muzyka. Free-jazz, progresywny black metal i odpowiednio srogi wizerunek sceniczny, recepta na udany wieczór z rodziną.




W czwartek zaczął się właściwy rdzeń festiwalu. Piekny gotycki kościoł Św. Katarzyny na Kazimierzu gościł w tym roku Tima Heckera. Usadowił się on na balkonie organisty, całkowicie niewidoczny dla publiki, i przy zgaszonych światłach zaprezentował przekrój przez swoje prace, łącznie z "hitem" Chimeras. Muzyka Tima ma tendencję do kręcenia potencjometrem w prawo, dopiero przy odpowiedniej wysokości dźwięk odpowiednio rezonuje. Dlatego byłem bardzo zadowolony z koncertu, siedząc dokładnie naprzeciw potężnego głośnika nie mogłem odebrać dronów Heckera lepiej. Przy zamkniętych oczach, fale dźwiękowe uderzające o ciało budują różne skojarzenia, czułem jak wędruję przez góry przy zamieci śnieżnej, kawałki lodu rozbijały mi się o twarz (w kościele było bardzo zimno). Jak przyznał Kreng spotkany później w Fabryce, muzyka opierająca się głównie na częstotliwościach to najlepszy legalny narkotyk. Od razu po skończonym secie Heckera, na scenie zaczęło występ małżeństwo z Wildbirds & Peacedrums przy akompaniamencie chóru. Kontrast ocucił mnie błyskawicznie, wyczucie rytmu perkusisty rozruszało zamyśloną publikę. Kościół to świetne miejsce na podobne koncerty, akustyka i przestrzeń jest fenomenalna. 
Tymczasem Fabryka na Podgórzu zapełniała się festiwalowiczami z każdą minutą. Hauntologia Oneohtrix Point Never zainaugurowała cykl imprez o bardziej tanecznym charakterze. Set był  krótki, psychodeliczna podróż soniczna zaczęła się kosmicznym, retrofuturystycznym dronem z lat '80, po czym wkroczyła sampledelia i automat perkusyjny. Trochę naiwnie brzmiące hasło imprezy - Darkness to Disco - idealnie jednak odzwierciedlało klimat wieczoru. Każdy z kolejnych artystów prezentował stosunkowo mroczne dźwięki, a im późniejsza godzina, tym bardziej było tanecznie. Kolektyw Jigoku słynie z posiadania jednej z największych kolekcji horrorów na VHS na świecie, byli odpowiedzialni również za codzienne projekcje w Kinie Pod Baranami. W Fabryce byli fantastyczni, żałuję że nie miałem czasu zobaczyć ani jednego z ich ulubionych filmów. Zaproponowali set vj-sko dj-ski, gdzie wizualizacje były właściwie ważniejsze niż muzyka. Fragmenty absurdalnie kiczowatych filmów, queerowe podnoszenie ciężarów, azjaci-wampiry-zombie to część kolekcji. Kiedy z głośników rozległo się epickie Killing Joke, z bogami bliskiego wschodu walczącymi między sobą efektami kina klasy C, cała sala już tańczyła. Demdike Stare z rozgrzaną publicznością postraszyli trochę mrocznym ambientem i zaczęli niemal godzinny, fenomenalny set. Bez zanudzania, sprawnie łączyli killery dub techno, wokół słychać było obelżywe wyrazy będące afirmacją doboru tracków. Zombie Zombie z Alanem Howarthem, twórcą soundtracków m.in. do filmów Johna Carpentera, zagrali funkujący zestaw klasyków z horrorów. Mimo problemów technicznych nie zawiedli, staruszek Howarth dziarsko stukał w klawisze. Impreza w Fabryce zaczęła się punktualnie, lecz przez przedłużające się wystepy i przerwy techniczne Lindstrøm zaczął koncert dwie godziny później od planowanego czasu. Zmęczenie kazało mi wracać do domu przy pierwszych bitach norweskiego space disco, a podobno wysoki poziom wieczoru został utrzymany.



W piątek w Kijowie zaczęła Hildur Guðnadóttir, w trio z Adamem Wiltzie i Andre Vidą. Wyszło bardzo profesjonalnie, publiczność zareagowała entuzjastycznie zwłaszcza na ostatni utwór, z nałożonymi na siebie kanonem partiami wiolonczeli. Brian 'Lustmord' Williams, prawdziwa legenda sceny dark ambient, w Krakowie zagrał drugi koncert w przeciągu 28 lat. Poprzedni odbył się w San Francisco w Kościele Szatana, co niezaznajomionym z twórczością powinno implikować odpowiednie skojarzenia. Wielki ekran kina posłużył wizualizacjom w High Definition, masywnym uderzeniom niskimi częstotliwościami wtórowały stereotypowe ikonograficznie ruchome obrazki, jak płomienie, czy renderowane w 3d technologiczno-biologiczne formy życia. Stropy Kijowa trzeszczały, a drony przyjemnie łaskotały po żołądku. Po koncercie Brian, podpisując płyty, stwierdził "It wasn't ambient, wasn't it?" Rzeczywiście, nie była to w żadnym wypadku muzyka tła, lecz absorbujący spektakl audiowizualny. 
Moritz von Oswald Trio, czyli Oswald, Loderbauer i Ripatti mieli nieszczęście grać dla przerzedzonej publiczności, z której większość kupiła bilety na Lustmorda. Nie było "naćpanych cyborgów grających Milesa Davisa", jak szumnie zapowiadano, tylko improwizowany laptopem materiał z niezłym groovem. Na perkusjonalia momentami nakładano zbyt wiele warstw delaya (czyżby wina Vladislava? ;)), przez co gubiły się w pogłosach, jednak Trio spełniło oczekiwania.
 Na parkiecie Fabryki tym razem jednoznacznie klimaty taneczne, przyrost ludzi odpowiedni do rangi nazwisk grających, dodatkowa scena z tech-housem i Jackiem Sienkiewiczem. Actress, hajpowany solidnie na początku roku przez zagraniczne serwisy, zapodał spaczone reinterpretacje tanecznych hitów z przeszłości. Nie zawsze dało się tańczyć, choć na pewno producent ten stoi w awangardzie dzisiejszej muzyki techno. Wypada pochwalić znakomite wizualizacje - każdego dnia się sprawdzały, lecz kolektyw Pussykrew z Polski, odpowiadający za chore wizje przy muzyce Actressa, zdobył moje serce glitchowymi krotochwilami i wesołym datamoshingiem. O Oni Ayhun, czyli połowie duetu The Knife, stało się głośno w kraju po występie na tegorocznym Audioriver. Przez pierwsze kilkanaście minut próbował cierpliwość słuchaczy drażniąc ich szumami, by zaraz potem solidnie pozamiatać parkiet metalicznymi uderzeniami perkusji. Olof Dreijer powinien częściej prowadzić solowe projekty minimal techno. Następny w kolejności Shackleton to także producent charakteryzujący się niepowtarzalnym brzmieniem. Na szczęście zrezygnował z nużącej retardacji Oniego, i umiejętnie połączył to, co robi najlepiej na płytach studyjnych, czyli autorską wizję dubstepu z licznymi samplami odwołującymi do wyobrażeń bliskiego wschodu, i ogólnie rzecz biorąc tematyki trupa. Szalone tempo narzucone przez galopujące perkusjonalia hipnotyzuje, a w tle brzęczą muchy latające nad porzuconym ścierwem. Piękna, zepsuta muzyka na nowy wiek. Po tylu wrażeniach nie miałem siły pląsać do muzyki reprezentantów detroit techno, wybrałem ciepłe łóżko.




Joel Martin and Cherrystones zaczęli sobotni cykl w Muzeum Inżynierii Miejskiej. Kolekcjonerzy nagrań nie uzyskali specjalnej atencji ze strony festiwalowiczów, ich rolą również dla mnie było wprowadzenie do koncertu Emeralds. Młodziaki ledwo po dwudziestce, z gitarzystą Markiem McGuire na czele, są bodaj najjaśniejszym punktem rodzącej się w ostatnich latach fascynacji krautrockiem i kosmische musik. Mając kilkanaście wydawnictw za sobą, udowodnili że również na żywo syntezatory i improwizowane gitarowe akordy brzmią kojąco w ich wykonaniu. O ile można mówić o byciu odkrywczym w rewitalizacji muzyki swoich rodziców, ich szmaragdową wersję psychodelicznego instrumentalnego grania kupuję w całości. Zaledwie pół godziny grania, a energii i uczucia tyle, że pierwsze rzędy niemal tańczyły przy ostatnim crescendo.
Goblin, staruszkowie odpowiedzialni za soundtracki do filmów Dario Argento, niestety nie podołali reaktywacji. Co ciekawe, również grali muzykę 'niewspółczesną', instrumentalnego rocka z lat '70, lecz słychać było że to emerytowani gwiazdorzy, których charyzma sceniczna i umiejętność budowania kompozycji uleciały z wiekiem. Płaskie, drewniane zagrania, ostatni podryg martwego od lat projektu.
Sobotnia Fabryka pod szyldem Bass Mutations to mekka rudebwoyów, techno rastamanów i bananowych studentów. Takiej frekwencji nie było jeszcze na żadnym z poprzednich wydarzeń. Imprezy dubstepowe stały się szczytem popularności, a wykonawcy zaproszeni przez Unsound to jeszcze gorące nowości podgatunku future garage. Już na FaltyDL z Cosmin TRG były problemy przy swobodnym poruszaniu się, przez co nie do końca mogłem rejestrować muzykę. Pijani brytyjczycy przeszkadzali na Mount Kimbie, perełce wonky. Najdziwniejszym momentem festiwalu był właśnie ich k o n c e r t, kiedy zza pleców wyciągnęli gitarę, i zaczęli grać p i o s e n k i. Dodając żywą perkusję i używanie touchpadów, rozkołysali setki osób przy downtempo. Następny na liście James Blake stanowił punkt kulminacyjny całego tygodnia, desperaci pchali się do przodu słysząc jak Blake nadrabia zaległości po Mount Kimbie i gra ich  parkietowy przebój Blind Night Errand. Krótko mówiąc, przekrój przez najświeższe 2-stepowe killery prosto z UK. Nieobecny Joy Orbison został zastąpiony przez Terror Danjah. Mocno przerzedzony dancefloor zmaskulinizował się przepoconymi koszulkami, których właściciele tęgo skakali do wobblującego basu. Ewidentnie impreza października w lidze nowego parkietowego basu.




Na zakończenie festiwalu znów zawędrowaliśmy do Kijowa, na projekt Music for Solaris, projektu stworzonego specjalnie na zlecenie Unsoundu. Ben Frost i Daníel Bjarnason odpowiadali za kompozycję, opiekę artystyczną sprawował Brian Eno. Alternatywna ścieżka dźwiękowa do filmu Solaris w reżyserii A. Tarkowskiego zostanie wydana w przyszłym roku na płycie i jest sporym wydarzeniem kulturalnym, jednak na żywo projekt ten nie przekonał mnie do siebie, mimo pomysłowych morfujących wizualizacji, stworzonych przez samego Eno. Z muzyką filmową jest jeden podstawowy problem - wymaga ona filmu. Obrazki Briana Eno nie przykuły mojej uwagi w tym samym stopniu, w jakim zrobiłaby to klasyczna pełnometrażowa fabuła. Nie chcę jednak skreślać tego projektu, dopiero po światowej premierze okaże się w jakim kierunku twórcy pokierują jego losem.
Mając obowiązki na uczelni nie dałem rady zmierzyć się ze wszystkimi atrakcjami Unsoundu, nie zobaczyłem przedstawienia teatralnego z muzyką Krenga, nie usłyszałem Noveller ani Black To Comm, nie mówiąc o filmach wybranych przez Jigoku. Mimo to zapoznawszy się z większością programu tegorocznej edycji, mogę stwierdzić z przekonaniem, że Unsound to najlepiej śledzący światowe trendy festiwal w Polsce. Świadczą o tym nie tylko tłumy obcokrajowców na imprezach, lecz również przychylne opinie w zagranicznej prasie. Unsound staje się coraz bardziej modny i ciekaw jestem w jakim kierunku pójdzie w przyszłych latach. Wierzę że kurator Mat Schulz podoła artystycznym jak i komercyjnym wymaganiom, i Unsound nie stanie się kolejnym masowym spędem zrobionej młodzieży, tylko pozostanie świeżym i przecierającym szlaki wydarzeniem kulturalnym na mapie Polski.

środa, 1 września 2010

Tarło, Nowa Murzynka, Katowice pt. 2

Sobota 

Tarło – akt płciowy u ryb prowadzący do połączenia jaja z plemnikiem. Nazwa pochodzi od specyficznego zachowania się ryb w tym okresie. Ryby stają się niespokojne, ocierają się bokiem o dno, samce ocierają się bokiem o samice polewając mleczem składaną ikrę. Ryby w tym okresie nazywa się tarlakami, a miejsce, gdzie tarło się odbywa – tarliskiem.
-wiki

Bolące kręgi szyjne, nogi, wszystkie części ciała zrekowerowały się po kilku godzinach mocnego snu na dmuchanym materacu w Sosnowcu. Nie dajcie się zwieść propagandzie ślązaków o rzekomej chujowości Sosnowca, mają wyraźne centrum miasta, przystanek autobusowy z przejściami podziemnymi prawie jak we Wrocławiu, centra handlowe i nocne autobusy. Po obiedzie i krótkiej wizycie na tarasie widokowym (podświetlonym moście) idziemy zobaczyć co zaprezentuje Bibio. Na dworze znów zimno jak pod koniec jesieni, kałuże straszą pod stopami, ale widok sceny klubowej rekompensuje wszystko; wspaniały złoty blask oślepia wszystkich którzy przychodzą zobaczyć kolejny nabytek Warp. Brytyjski producent grał przy naturalnych wizualkach, gałęzie drzewa za sceną rzucały cień na ekranie przeznaczonym do projekcji. Charyzmą sceniczną nie zaskoczył, set też z początku był średni, urywany, trochę jakby chłopak próbował pokazać nowo poznanym kolegom fajną płytę którą ostatnio ściągnął, i puszczał po fragmencie każdego utworu. Potem jakoś się rozkręcił, zrobiło się bardziej tanecznie, a na bis (?) puścił z winampa popularny dubstepowy walec, nawet nie trudząc się żeby go zremiksować.

Chwilę pobujałem się pod sceną Red Bulla, fajosko pomyślaną, dj-e stali wysoko nad publiką w czaderskim balkonie, a pod stopami piasek. Loops Haunt był w porządku, a pewnego gościa obok doprowadził do takiej ekscytacji, że ten całą powierzchnię piasku jął przetwarzać w geometryczne wzory własnym obuwiem. Po przerobieniu gruntu pod stopami w odpowiednie kształty przenosił się w inne miejsce plaży i zaczynał od nowa. 

Z koncertu Nosaj Thing wyniosłem trzy rzeczy: 1. czyta się to No Such Thing 2. Odpowiednie stężenie mieszanki ziołowej w organizmie pomaga zrozumieć skomplikowane geometryczne (znowu!) wzory, układające się soczystymi kolorami za plecami 3. azjaty! pan Nołsacz przyjechał razem z Sufim i Killerem jako multikulturowa mieszanka robiąca "psychedelic drum music" (cyt. Gaslamp K.) i sprzedająca płyty na jednym standzie. How sweet. Sam Nołsacz nadrobił nieco słabiutkie wrażenie po swoim krótkim Drifcie, wyciągając materiał na godzinny set, do którego nawet dało się pokiwać.

Scott Herren stojący nad deckami jako Prefuse 73 to żywa legenda, co prawda grał już koncert z okazji Nowej Murzynki jeszcze w Cieszynie, nie mam zamiaru jednak narzekać, jak zwykle wspaniale pomylone sample, żywa perkusja kopały aż miło. Scott zasłaniał dłonią kamerę która zaglądała mu przez ramię, jakby zazdrośnie strzegł alchemicznej tajemnicy swojej futurystycznej muzyki. Indi stylówa, okulary z grubą oprawką i arafata zmyliły koleżankę wieczorem, kiedy to myślała że banan przed nią jest samym Prifjuzem, który zstąpił z wysokości by pobujać się do basu.

losowe wideło z komórki

Chwilę posłuchałem Floating Points, których house sprawdziłby się świetnie na cieplejszej o 20 stopni plaży, dostaję wiadomość "DMX DZIWKO", hasło alarmowe używane w wyjątkowych okazjach, jak rozpoczęcie stanu wojennego. BORZE JAKIE TO BYŁO DOBRE. Recytowane piosenki przeprowadzone przez efekty, melodie żywcem wyciągnięte z 80' i 90', nerdowskie synthy i automat perkusyjny, acidowe melodie pulsują, tempo idealne do wywijania hołubców. Obsceniczne wizuale z raverskimi smilersami i kotem Felixem, ochroniarz przybija nam piony, wokół zielono choć ludzi dziwnie mało. Najlepsza decyzja weekendu. Na bis Ed pyta publikę "You all like oldschool, right?" Tak, kochamy oldchool w twojej interpretacji.


Ultrapopularny Moderat zagrał dla innej niż radioheadowa publiki, prezentując po kolei swoje hiciory, doprowadzając do nielichego tarliska pod barierkami. Rewelacyjne wizuale - pan od video stał na scenie na równi z innymi członkami zespołu. Światła biją po oczach, Rusty Nails napieprza aż miło, nastolatki za mną piszczą i rzucają konfetti z Lidla, wokół wszyscy mają to we włosach, a na twarzach uśmiechy, kto znajduje trochę miejsca obok składa ikrę i pociera ciałem o dostępne powierzchnie. Świetny audiowizualny performens, choć wałek grany na bis mogli sobie podarować.


Na Gonjasufiego nie zdążyłem, i dobrze, bo był pewnie tak samo nudny jak na Horyzontach, za to jego rastafari kolega, energetycznie dopalony Gasslamp Killer zrobił fenomenalny show. Nie widziałem jeszcze takiego dzikusa, skakał po scenie, odbijał się od głośników, prosił dźwiękowców o pogłośnienie muzyki "turn it up for the kids!", wybijał palcem amen breaki na padzie, miksował Louisa Armstronga obok ciężkich jak węgiel wobbli, potem wycisza wszystko i zaczyna opowiadać o 47 rocznicy przemówienia Martina Luthera Kinga. Świr. Trafiłem w sam środek pogo rozpętanego przez pobudzonych obcokrajowców, breakcory wrzynały się w uszy powodując trwałe uszkodzenia słuchu. Rasta musiał bisować kilkukrotnie, nawet po zwinięciu laptopa wrócił i odpalił go ponownie, sam chyba bawił się najlepiej ze wszystkich zebranych:


epilog:
Niedziela i koncert Orkiestry kameralnej Aukso pod dyrygenturą Marka Mosia.

Zagrali poprawnie, tylko miałem to samo wrażenie co na Bonobo - taka muzyka sprawdza się świetnie jako tło do innej czynności, a nie stania i obserwowania muzyków. Prefjuzowe Preparations wywołały bunt wśród dzieciaków po lewej stronie sceny, którzy krzyczeli "kiedy będzie techno" i wygłupiali się wijąc ciało do smyczków. Najlepsze że ich udawany entuzjazm po każdym kawałku podjęła reszta sali, i Marek Moś zmuszony był do publicznego wystąpienia dwukrotnie. Mechaniczny sen dzieci na lewo pewnie spełnił się, kiedy Moś zażartował, że za rok znów zagrają z Herrenem, tym razem do czegoś o "szybszym beacie". Niektórym jednak walczyki i typowe cinematic patenty przypadły do gustu i z otwartymi ustami chłonęli krótkie pasaże.
Udział Prefuse 73 pominąłem z premedytacją, bowiem poza tym że grano jego kompozycje, jego udział w występnie na żywo był tylko symboliczny.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Tarło, Nowa Murzynka, Katowice pt. 1

Piątek
Przez liczne przygody z komunikacją i własnym zapominalstwem zdążyłem dopiero na Trzy Uwięzione Tygrysy. Witają nas mili ochroniarze, już nie macając każdej czeluści naszych toreb w poszukiwaniu dragów, jak na konkurencyjnym Katowickim feście pod wezwaniem A. Rojka. Na miejscu obsuwa, Tygrysy po 19 dopiero zaczynają soundcheck. Więc zarządzeniem prezesa robimy obchód po terenie, wszystko pięknie, postindustrialne przestrzenie kopalniane, klimat i oświetlone ściany z czerwonej cegły, tylko grunt podmokły mimo że festiwal jeszcze się dobrze nie zaczął. Po kontroli budek z kuponami na produkty garmażeryjne (ilośc budek: 3) i weryfikacji kolejek do powyższych (średnia: 50 osób), wróciłem na hucznie nazwaną Live Stage, a tam TTT szaleją w najlepsze.
Niestety budka dźwiękowców chyba była pusta, bo muzyka mimo że leci zdecydowanie Live, to przesterowana jest niemiłosiernie. Nie usłyszałem więc pierwszego hitu początkującego zespołu z aspiracjami Warpowymi, postowanego do znudzenia na fejsbukowych tablicach moich znajomych, a to wszystko w trosce o narządy słuchu:


Szukam źródła wszędobylskich glowsticków fosforyzujących fioletem z klatek piersiowych alternatywnej młodzieży. Znajduję namiot sponsora a w nim hostessy obwieszone niezbędnikami ravera, a na każdym z nich logo TARŁON. Oto jak pomysły anarchistycznej, antyrządowej subkultury sprzed dwóch dekad są teraz adaptowane na nośniki reklamy. Rozdawane za darmo i bez limitów - wkrótce cały teren świeci lekkim fioletem.
Nadszedł czas na jeden z nowszych produktów hyperdub - King Midas Sound. Tym razem dudniący bas przekraczał próg bólu, panowie dźwiękowcy znowu urządzili sobie żarty, nie chcąc ogłuchnąć w młodym wieku poszedłem ze znajomymi po stopery do apteki. Podobno Kevin Martin dał radę, może w trakcie gigu coś się poprawiło. Nie zdążyłem też na Jaga Jazzist, uzupełniając płyny na epicko podświetlonym moście nieopodal festiwalu. Szybko przemknąłem na scenę klubową gdzie zaraz miał zaprezentować swoją grzywkę Książę Minimalowych Dzwoneczków. Dopierdolił konkretnie, moje uszy już fachowo zatkane higienicznym woskiem nie odczuwały opisywanego przez niektórych buczenia, pląsając wesoło pod sceną dostałem dokładnie to czego oczekiwałem, plus bonusy od życia – w tym miejscu pozdrawiam miłe dziewczyny z Trójmiasta.

(tego niestety nie usłyszeliśmy)

Ciągle lekko oszołomiony pogańską witalnością tłumu i bełkotem dresów którzy przypadkiem znaleźli się na hipsterskich minimalach, podreptałem zobaczyć jak się ma headliner. Po drodze zauważyłem jak zadziwiająco skurczyły się kolejki po kupony na kiełbaski, teraz nie przekraczając dopuszczalnych norm z Brukseli. Bonobo jak i reszta nujazzów i downtempo przestała mnie kręcić już za Zygmunta Poniatowskiego, więc co jakiś czas ziewając pomyślałem że przydałaby się jakaś książka do tej muzyki tła. Co zwróciło moją uwagę ,to niezła jakość filmów na telebimie, dwie kamery i żywi operatorzy chodzący po scenie. Po kilku prawidłowo zaaranżowanych, lecz bijących pompą i na siłę sprzedawanym chillem piosenkach, znalazłem się pod inną sceną, czekając na mojego headlinera. Autechre zaczęli dziesięć minut wcześniej, od razu dając po uszach łoskoczącym werblem. W stosunku do ostatniego występu w Katowicach nie było już tak łatwo sobie potańczyć. Panowie pojechali raczej eksperymentalnym materiałem w stylu Confield czy Draft 7.30, syntetyczne beaty  wbijały się w mózgi z nieregularnymi częstotliwościami, zero wokalnych sampli, żadnych tkliwych melodyjek, kolorowych świecidełek za plecami, pierdolenia do mikrofonu i podlizywania się publice, żadnych hitów z youtube, tylko czysty industrialny, abstrakcyjny miąższ pozwijanych w ekstazie kabli wysokiego napięcia. Koło dwudziestej minuty spektaklu, kiedy z zamkniętymi oczami próbowałem jakoś dopasować kończyny do nie-muzyki, czuję dłoń na ramieniu. Nalana mordeczka pyta mnie „a kiedy będą piosenki?” Nie będzie piosenek. Aha, to ja sobie pójdę. Podobnie postąpiła znaczna część publiki, co jest całkowicie zrozumiałe, 90 minut szorstkich uderzeń które za nic nie chcą się układać w proste struktury i metrum może znużyć.

 (pozdro hołp)

Po wszystkim byłem tak zmęczony że musiałem się czegoś napić, przemili ochroniarze tym razem zagrali rolę Bad Cop i nie wpuścili mnie z piwem na Mary Anne Hobbs, i straciłem 15 minut jej setu. Pani z radia ma już dobrze po czterdziestce, a radzi sobie wspaniale, pobudzając tłumy do skakania w rytm synkopowanej muzyki. Nie obyło się bez hitów, dużo wobble bassu i dzikich bangerów, jednak wybaczam jej wszystko, tracki gładko przechodziły jeden w drugi, dzieciaki błagały oklaskami i gwizdami o więcej. Gorąca noc, mimo temperatury powietrza.