Piątek
Przez liczne przygody z komunikacją i własnym zapominalstwem zdążyłem dopiero na Trzy Uwięzione Tygrysy. Witają nas mili ochroniarze, już nie macając każdej czeluści naszych toreb w poszukiwaniu dragów, jak na konkurencyjnym Katowickim feście pod wezwaniem A. Rojka. Na miejscu obsuwa, Tygrysy po 19 dopiero zaczynają soundcheck. Więc zarządzeniem prezesa robimy obchód po terenie, wszystko pięknie, postindustrialne przestrzenie kopalniane, klimat i oświetlone ściany z czerwonej cegły, tylko grunt podmokły mimo że festiwal jeszcze się dobrze nie zaczął. Po kontroli budek z kuponami na produkty garmażeryjne (ilośc budek: 3) i weryfikacji kolejek do powyższych (średnia: 50 osób), wróciłem na hucznie nazwaną Live Stage, a tam TTT szaleją w najlepsze.
Niestety budka dźwiękowców chyba była pusta, bo muzyka mimo że leci zdecydowanie Live, to przesterowana jest niemiłosiernie. Nie usłyszałem więc pierwszego hitu początkującego zespołu z aspiracjami Warpowymi, postowanego do znudzenia na fejsbukowych tablicach moich znajomych, a to wszystko w trosce o narządy słuchu:
Szukam źródła wszędobylskich glowsticków fosforyzujących fioletem z klatek piersiowych alternatywnej młodzieży. Znajduję namiot sponsora a w nim hostessy obwieszone niezbędnikami ravera, a na każdym z nich logo TARŁON. Oto jak pomysły anarchistycznej, antyrządowej subkultury sprzed dwóch dekad są teraz adaptowane na nośniki reklamy. Rozdawane za darmo i bez limitów - wkrótce cały teren świeci lekkim fioletem.
Nadszedł czas na jeden z nowszych produktów hyperdub - King Midas Sound. Tym razem dudniący bas przekraczał próg bólu, panowie dźwiękowcy znowu urządzili sobie żarty, nie chcąc ogłuchnąć w młodym wieku poszedłem ze znajomymi po stopery do apteki. Podobno Kevin Martin dał radę, może w trakcie gigu coś się poprawiło. Nie zdążyłem też na Jaga Jazzist, uzupełniając płyny na epicko podświetlonym moście nieopodal festiwalu. Szybko przemknąłem na scenę klubową gdzie zaraz miał zaprezentować swoją grzywkę Książę Minimalowych Dzwoneczków. Dopierdolił konkretnie, moje uszy już fachowo zatkane higienicznym woskiem nie odczuwały opisywanego przez niektórych buczenia, pląsając wesoło pod sceną dostałem dokładnie to czego oczekiwałem, plus bonusy od życia – w tym miejscu pozdrawiam miłe dziewczyny z Trójmiasta.
(tego niestety nie usłyszeliśmy)
Ciągle lekko oszołomiony pogańską witalnością tłumu i bełkotem dresów którzy przypadkiem znaleźli się na hipsterskich minimalach, podreptałem zobaczyć jak się ma headliner. Po drodze zauważyłem jak zadziwiająco skurczyły się kolejki po kupony na kiełbaski, teraz nie przekraczając dopuszczalnych norm z Brukseli. Bonobo jak i reszta nujazzów i downtempo przestała mnie kręcić już za Zygmunta Poniatowskiego, więc co jakiś czas ziewając pomyślałem że przydałaby się jakaś książka do tej muzyki tła. Co zwróciło moją uwagę ,to niezła jakość filmów na telebimie, dwie kamery i żywi operatorzy chodzący po scenie. Po kilku prawidłowo zaaranżowanych, lecz bijących pompą i na siłę sprzedawanym chillem piosenkach, znalazłem się pod inną sceną, czekając na mojego headlinera. Autechre zaczęli dziesięć minut wcześniej, od razu dając po uszach łoskoczącym werblem. W stosunku do ostatniego występu w Katowicach nie było już tak łatwo sobie potańczyć. Panowie pojechali raczej eksperymentalnym materiałem w stylu Confield czy Draft 7.30, syntetyczne beaty wbijały się w mózgi z nieregularnymi częstotliwościami, zero wokalnych sampli, żadnych tkliwych melodyjek, kolorowych świecidełek za plecami, pierdolenia do mikrofonu i podlizywania się publice, żadnych hitów z youtube, tylko czysty industrialny, abstrakcyjny miąższ pozwijanych w ekstazie kabli wysokiego napięcia. Koło dwudziestej minuty spektaklu, kiedy z zamkniętymi oczami próbowałem jakoś dopasować kończyny do nie-muzyki, czuję dłoń na ramieniu. Nalana mordeczka pyta mnie „a kiedy będą piosenki?” Nie będzie piosenek. Aha, to ja sobie pójdę. Podobnie postąpiła znaczna część publiki, co jest całkowicie zrozumiałe, 90 minut szorstkich uderzeń które za nic nie chcą się układać w proste struktury i metrum może znużyć.
(pozdro hołp)
Po wszystkim byłem tak zmęczony że musiałem się czegoś napić, przemili ochroniarze tym razem zagrali rolę Bad Cop i nie wpuścili mnie z piwem na Mary Anne Hobbs, i straciłem 15 minut jej setu. Pani z radia ma już dobrze po czterdziestce, a radzi sobie wspaniale, pobudzając tłumy do skakania w rytm synkopowanej muzyki. Nie obyło się bez hitów, dużo wobble bassu i dzikich bangerów, jednak wybaczam jej wszystko, tracki gładko przechodziły jeden w drugi, dzieciaki błagały oklaskami i gwizdami o więcej. Gorąca noc, mimo temperatury powietrza.
